kwiecień 2014
Delikatnym gestem zgasiła światło i (choć była w maleńkim pokoju całkiem sama) na palcach odnalazła drogę do łóżka. Po prostu nie chciała mącić ciszy. Jej palce musnęły miękki materac, natychmiast wślizgnęła się pod pierzynę, chowając przed resztą świata. Z słuchawek sączyła się cicha, smutna melodia. Dziewczyna wtuliła wilgotną od łez twarz w poduszki. Zacisnęła mocno powieki, próbując powstrzymać słone krople znaczące jej policzki i burzę myśli, szalejącą w głowie. Po kilku minutach poddała się, pozwalając rzece obrazów pojawić się przed oczyma. Była już zbyt zmęczona walką z samą sobą...
Delikatnym gestem zgasiła światło i (choć była w maleńkim pokoju całkiem sama) na palcach odnalazła drogę do łóżka. Po prostu nie chciała mącić ciszy. Jej palce musnęły miękki materac, natychmiast wślizgnęła się pod pierzynę, chowając przed resztą świata. Z słuchawek sączyła się cicha, smutna melodia. Dziewczyna wtuliła wilgotną od łez twarz w poduszki. Zacisnęła mocno powieki, próbując powstrzymać słone krople znaczące jej policzki i burzę myśli, szalejącą w głowie. Po kilku minutach poddała się, pozwalając rzece obrazów pojawić się przed oczyma. Była już zbyt zmęczona walką z samą sobą...
Pod powiekami pojawił się słoneczny
blask. Było ciepłe, letnie popołudnie przesycone wonią bzu.
Siedziała w wiklinowym fotelu, rysując. Wokół niej walały się
ołówki, wiórki gumki, zgniecione kartki rzucone na deski ganku w
przypływie nagłej samokrytyki. Kolorowe bransoletki pobrzękiwały
przy każdym zdecydowanym ruchu nadgarstka, za którego sprawą
kartka powoli zapełniała się szarością. Dziewczyna zmarszczyła
brwi i zatrzymała dłoń w pół ruchu. Zmrużyła oczy, na jej
twarzy pojawił się wyraz irytacji. Znów nie wyszło. Zamaszystym
ruchem wyrwała niedoszłą pracę ze szkicownika, dokładnie
zgniotła i rzuciła w stronę jej poprzedniczek. Oblicze dziewczyny
nagle złagodniało, oczy posmutniały. Z rezygnacją odłożyła
brulion na maleńki stoliczek i z westchnieniem opadła na okryte
poduszką oparcie. Zamknęła oczy. I wtedy pojawił się on. Poczuła
jego ramiona, otulające ją delikatnie, w ten uroczy,
opiekuńczo-krzepiący sposób. Pozwoliła mu usiąść obok, a potem
posadzić się na jego kolanach. On wiedział. Wszystko. Nie musiała
nic mówić, by zdał sobie sprawę, ze kreślenie ołówkiem to
tylko forma odreagowania po zdarzeniu o wiele bardziej znaczącym niż
niedopracowane rysy niedoszłego portretu.
W tym momencie znów dała za wygraną.
W ciemności po jej policzku popłynęła kolejna łza. Niedoszły
sen wcale nie przyniósł ukojenia. Boże, dlaczego go tu nie ma?
Otuliła się szczelniej kołdrą, jakby próbując chronić przed
kolejną falą ataku. Spróbowała zatrzymać łzy. Bezskutecznie.
Marząc niemal realnie czuła jego dotyk, tak niewiele brakowało, by
wypełniło ją poczucie bezpieczeństwa, ciepło, spokój. Tak miało
się stać, tak właśnie byłoby, gdyby on tutaj naprawdę był i ją
przytulił... Ale jego nie ma, nie było i nie będzie. Ona jest dla
niego niczym więcej niż drobny pyłek unoszący się gdzieś w
powietrzu. Ona jest dla niego kompletnie nikim. A tak bardzo go
potrzebuje...
Płakała cicho, cichuteńko,
zagryzając wargi w rozpaczliwym akcie powstrzymania irracjonalnej
fali rozpaczy. Tuliła do siebie poduszkę, głaskała jej aksamitną
powierzchnię, kołysała w ramionach uspokajająco. Chociaż niech
poducha ma dziś spokojną noc...
