niedziela, 27 kwietnia 2014

Prolog.

kwiecień 2014

Delikatnym gestem zgasiła światło i (choć była w maleńkim pokoju całkiem sama) na palcach odnalazła drogę do łóżka. Po prostu nie chciała mącić ciszy. Jej palce musnęły miękki materac, natychmiast wślizgnęła się pod pierzynę, chowając przed resztą świata. Z słuchawek sączyła się cicha, smutna melodia. Dziewczyna wtuliła wilgotną od łez twarz w poduszki. Zacisnęła mocno powieki, próbując powstrzymać słone krople znaczące jej policzki i burzę myśli, szalejącą w głowie. Po kilku minutach poddała się, pozwalając rzece obrazów pojawić się przed oczyma. Była już zbyt zmęczona walką z samą sobą...
Pod powiekami pojawił się słoneczny blask. Było ciepłe, letnie popołudnie przesycone wonią bzu. Siedziała w wiklinowym fotelu, rysując. Wokół niej walały się ołówki, wiórki gumki, zgniecione kartki rzucone na deski ganku w przypływie nagłej samokrytyki. Kolorowe bransoletki pobrzękiwały przy każdym zdecydowanym ruchu nadgarstka, za którego sprawą kartka powoli zapełniała się szarością. Dziewczyna zmarszczyła brwi i zatrzymała dłoń w pół ruchu. Zmrużyła oczy, na jej twarzy pojawił się wyraz irytacji. Znów nie wyszło. Zamaszystym ruchem wyrwała niedoszłą pracę ze szkicownika, dokładnie zgniotła i rzuciła w stronę jej poprzedniczek. Oblicze dziewczyny nagle złagodniało, oczy posmutniały. Z rezygnacją odłożyła brulion na maleńki stoliczek i z westchnieniem opadła na okryte poduszką oparcie. Zamknęła oczy. I wtedy pojawił się on. Poczuła jego ramiona, otulające ją delikatnie, w ten uroczy, opiekuńczo-krzepiący sposób. Pozwoliła mu usiąść obok, a potem posadzić się na jego kolanach. On wiedział. Wszystko. Nie musiała nic mówić, by zdał sobie sprawę, ze kreślenie ołówkiem to tylko forma odreagowania po zdarzeniu o wiele bardziej znaczącym niż niedopracowane rysy niedoszłego portretu.
W tym momencie znów dała za wygraną. W ciemności po jej policzku popłynęła kolejna łza. Niedoszły sen wcale nie przyniósł ukojenia. Boże, dlaczego go tu nie ma? Otuliła się szczelniej kołdrą, jakby próbując chronić przed kolejną falą ataku. Spróbowała zatrzymać łzy. Bezskutecznie. Marząc niemal realnie czuła jego dotyk, tak niewiele brakowało, by wypełniło ją poczucie bezpieczeństwa, ciepło, spokój. Tak miało się stać, tak właśnie byłoby, gdyby on tutaj naprawdę był i ją przytulił... Ale jego nie ma, nie było i nie będzie. Ona jest dla niego niczym więcej niż drobny pyłek unoszący się gdzieś w powietrzu. Ona jest dla niego kompletnie nikim. A tak bardzo go potrzebuje...
Płakała cicho, cichuteńko, zagryzając wargi w rozpaczliwym akcie powstrzymania irracjonalnej fali rozpaczy. Tuliła do siebie poduszkę, głaskała jej aksamitną powierzchnię, kołysała w ramionach uspokajająco. Chociaż niech poducha ma dziś spokojną noc...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz